Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
1. Za późno, by to cofnąć
Strona głównaBohaterowieZapamiętajKsięga




14.10.2009
1. Za późno, by to cofnąć

(...) bowiem, jak widzisz, poranek
Wstaje, nie dbając o zmartwienia nasze,
I rozpoczyna drogę uśmiechniętą.
Więc pójdźmy; nigdy już od twego boku *
(J. Milton, Raj utracony)



Wiosna pamiętnego roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego nadeszła niespodziewanie szybko. Ogrody przy domach w Salisbury w Wiltshire nabrały soczyście zielonego koloru, z zimowego snu wybudziły się rabatki szarotek, bratków, fiołków, forsycji, frezji, nasturcji oraz innych równie urokliwych kwiatów, które do niedawna spały pod białym puchem, zaś krzewy pokryły się czarownym, pachnącym słodyczą kwieciem. Z harmonijnych ogródków biła cudowna kolorystyka, która oddawała charakter tegorocznej wiosny. W powietrzu unosiła się specyficzna atmosfera nadchodzących świąt oraz woń budzącej się do życia przyrody. Wiatr niósł ze sobą głosy dzieci i dorosłych, z górnych partii drzew słychać było melodyjne śpiewy ptaków oraz samotnego rudzika, siedzącego na jednej z niższych gałęzi wysokiej sekwoi, stojącej niedaleko placu zabaw.
Fisherton Island było ulicą zadbaną, na chodniku nie leżał żaden papierek po gumie balonowej czy po słodkim cukierku ze sklepu ze słodyczami, który prowadziła miła, starsza kobieta, z zawsze upiętymi w ciasny kok siwymi włosami. Na końcu alejki stał wielki stary, drewniany kościółek, którego płot kołysał się groźnie pod wpływem silniejszego podmuchu wiatru.
Na pobliskiej ławce, stojącej pod rozłożystą wierzbą siedziała starsza kobieta, obserwująca bacznie swego jedenastoletniego wnuczka. Pulchny, jasnowłosy chłopiec bawił się z małym, donośnie szczekającym brązowym psiakiem, machającym wesoło puszystym ogonkiem. Z okna niedużego, alabastrowego domu wyłoniła się głowa młodej, uśmiechającej się do staruszki dziewczyny; zniknęła ona na moment z pola widzenia chłopca, by po chwili pojawić się z parującym ciastem, które postawiła na śnieżnobiałym parapecie, obok doniczki z przepięknym fioletowym cyklamenem perskim i białymi gardeniami jaśminowymi, główki obu roślin zwrócone były ku słońcu.
- Mamo! – krzyknął chłopiec. – Mamo! Mogę iść z babcią na polankę? – malec machał wesoło rękoma.
- Na jaką polankę, kochanie? – kobieta uważnie przyglądała się synkowi.
- Na tą na końcu ulicy! Mamo, proszę!
- Aidanie, ile razy ci mówiłam, że tam nie można chodzić? – oburzyła się czarnowłosa.
- Mamusiu, proszę, raz!
- Nie. – Wsparła się na łokciach o parapet. – Mamo – zwróciła się to starszej pani – napijesz się może ze mną kawy?
- Nie, córeczko dziękuję. – Spojrzała uważnie na Aidana. – To nie jest polanka, tam stoi zniszczony dom, dlatego nie chcę żebyś tam chodził.
- Czemu tam nikt nie mieszka? – chłopiec nie doczekał się odpowiedzi.
Fisherton Island, prawie w całości było zabudowane. Po bokach wąskiej, czarnej ulicy stały rzędy kolorowych krzewów. Przy Fisherton Island siedem stała mała apteka, prowadzona przez ekscentryczną starszą panią, zaś naprzeciwko niej wybudowany parę lat temu został miejscowy oddział bankowy, który tak naprawdę nie miał wielu klientów. Średniej wielkości cukiernia sąsiadowała z domami. Mały plac zabaw znajdował się prawie na samym końcu owej drogi. Na jej końcowym odcinku położona była pusta, niezamieszkała przez nikogo, porośnięta wysoką trawą działka, w której centrum, stała zniszczona rudera, która w każdej chwili mogła się zawalić. Zdezelowana posiadłość z białego, teraz szaro-czarnego kamienia sąsiadowała z rzeką Avon.
Miejscowe dzieci często chciały się bawić na polance, ale niestety, gdy zbliżały się w okolice polany, w uszach słyszały dziwne, przerażające dźwięki – jakby pojękiwania i krzyki. Wśród miejscowej ludności krążyła legenda, mówiąca o tym, że kilka wieków temu palono tam czarownice na stosach. Kobiety te podobno przed swą niechlubną śmiercią rzuciły klątwę na to miejsce – nikt nie mógł się tam zbliżyć. Tylko czy to na pewno jest prawdą? Być może.
Jedno jest pewne – na Fisherton Island trzynaście nie ma nawiedzonego domu. Można wierzyć lub nie, ale na tej parceli jest dom. Dom? Raczej piękny i ogromny dwór. Całą posiadłość okala czarna furtka i ogromny żywopłot. Do frontowych drzwi prowadzi wąska, żwirowa alejka. Na tyłach ogrodu stoi imponująca okrągła fontanna, dokoła której rosną piękne rabaty kwiatów i krzewy. Czasami wokół domu można zobaczyć dumnie kroczące białe pawie. Cały dworek zbudowany był w wiejskim stylu. Posiadłość ta należy do szlachetnego rodu Malfoyów.


Historia ta rozpoczyna się na parterze jaśminowego domu, w pięknej marmurowej kuchni. Pomieszczenie to ma imponujące rozmiary, pod ścianami poustawiane są ciemnozielone szafki, a na środku stoi długi, przykryty białym obrusem stół. Gdzieś w rogu umieszczona jest ogromna paproć, a po drugiej stronie, pod oknem popiersie Salazara Slytherina.
Na jednej z szafek siedziała młoda, siedemnastoletnia dziewczyna o wyjątkowo jasnych włosach i niespotykanych, niebieskich oczach, w których tliła się złość i zarazem strach. Uśmiechała się ironicznie do wysokiego, szczupłego chłopca z długimi, sięgającymi łopatek blond włosami. Blondynka, z założonymi na piersiach rękoma, krzywiła się delikatnie. Jej twarz była smukła i pociągła. Dziewczyna krzyczała na rozmówcę przez chwilę żywo gestykulując, jakby chciała coś opowiedzieć za pomocą dłoni. Chłopak podszedł nieco bliżej i zaczął kpiąco się śmiać. Oparł się lekko o krzesło i wyciągnął w jej stronę rękę, ona zaś, patrzyła chwilę na dłoń myśląc gorączkowo. Spoglądała to na brata, to na jego wyciągniętą rękę. Zeskoczyła z szafki, przeszła obok ignorując go. Na jednym z parapetów siedziała brązowa sowa, która w dziobie trzymała żółtą kopertę. Młodzieniec podszedł do siostry łapiąc ją mocno za ramię.
- Nila, mi się nigdy nie odmawia – syknął cicho.
- Już ci kilka razy odmówiłam. Nic nie zmieni mojego zdania. – Rzekła chłodno, próbując wyswobodzić się z silnego uścisku. – Ja nie chcę być taka jak ty. Jestem lepsza od ciebie! – Nastolatka poczuła na lewym policzku dłoń brata, a potem silny, piekący ból.
- Nigdy tak do mnie nie mów, głupia dziewczyno! – Wrzasnął. – Nie chcę mieć w rodzinie zdrajczyni. Nila masz wybór, życie z nami, albo śmierć. – Blondynka jedynie zaśmiała się histerycznie.
- Nie będę taka jak TY! Jak ONI! Wolę śmierć! Zabij mnie, jeśli to jest Jego wolą! – Wyjęła z kieszeni szaty trzynastocalową różdżkę wykonaną z platanu. – Ale ja się nie poddam bez walki.
- Głupia jesteś i tyle. Nie wiesz co tracisz. On ci da władzę i potęgę.
- Władzę i potęgę powiadasz? – zaśmiała się. – Nie żartuj!
Nila uśmiechnęła się szeroko poczym opadła na obite zielonym aksamitem krzesło. Chłopak podszedł do okna i wziął od sowy list. Zerknął nań poczym roześmiał się głośno.
- Deleo Epistula – rzekł dumnie, wykonując swą różdżką harmonijny ruch nadgarstkiem, a list zajął się ogniem. – Evans pisała. – Powiedział siadając naprzeciwko siostry.
- Jak mogłeś?! Z resztą jest mi to obojętne i tak jej nienawidzę.
- Prawidłowe myślenie. – Odpowiedział.
Siedzieli tak jakiś czas. Nila zapatrzyła się w dal, zastanawiając się nad czymś. W jej głowie krążyło wiele myśli na raz. Nie wiedziała co ma zrobić. Jej umysł pracował szybko. Oczyma wyobraźni widziała siebie, gdy wkłada straszną maskę śmierci. Nila nigdy nie była osobą dobrą, ale nie była też na tyle zła. Jej serce ogarnął pewnego rodzaju lęk. Lęk przed Nim, lęk przed samą sobą, lęk przed własnym sumieniem i sercem. Wstąpienie w Jego szeregi było pewną nagrodą. Nagrodą za co? Tego nie wiedziała. Ale w pewnym stopniu chciała się tego dowiedzieć, pragnęła tam być i służyć Mu – coś ją powstrzymywało, tylko co? Odrobina dobroci, która spoczywa gdzieś na dnie kamiennego, martwego serca? Jeśli dołączy do nich, jej świat diametralnie się zmieni. Miłość przerodzi się w obojętność, dobro w zło, zaś zło w dobro. Czy w takim świecie chciałaby żyć? W jej sercu i umyśle trwała walka miłości z nienawiścią, dobra ze złem, uczuciem i obojętnością, strachem i męstwem… Na jej bladą twarz wpełzł delikatny, ale znaczący uśmiech.
- Dobrze. – Powiedziała krótko i wyszła z kuchni. Chłopak uśmiechnął się pod nosem.
Szła ciemnym holem, który prowadził do szerokich, marmurowych schodów. Idąc mijała portrety przodków, którzy patrzyli na nią z rezerwą. Gdzieś pod nogami plątało się kilka skrzatów domowych i biały kot, należący do niej. Na piętrze zniknęła za drugimi drzwiami po prawej stronie. Stała pośrodku ładnie urządzonej komnaty. Ściany zostały obłożone jasnozieloną tapetą, okna we wschodniej ścianie wychodziły na tylni ogród. Ogromne łoże z czterema kolumnami stało pod północną ścianą, zaś hebanowa komoda po lewej stronie okien. Pokój był naprawdę przyjemny. Nad łożem wisiał herb rodziny, a tuż obok niego godło Slytherina. Nila skoczyła na łóżko, uśmiechając się pod nosem.
- Kłamek, jaki dziś dzień? – Spytała skrzata, który układał świeżą odzież w szafie.
- Poniedziałek, panienko. – Powiedział cicho, kłaniając się nisko.
Była z siebie w pewien sposób dumna. Pierwszy raz trzymała brata w niepewności. Perspektywa tej… niezbyt kolorowej przyszłości przytłoczyła ją trochę. Siedemnaście lat i stanąć po stronie zła. Gdyby miała inną rodzinę nie byłaby z niej dumni, ale TA rodzina będzie wprost wniebowzięta. By zapomnieć o troskach z nocnej szafki wzięła opasły tom, który nosił tytuł Zwycięstwo czarnej magii nad światem, autorstwa nijakiego Erronisa Pravuma. Księga ta była obłożona w czarną skórę z wyrytą pękniętą czaszą na środku. Nila zasnęła z książką na piersiach.
Po czwartej po południu za oknami domu zaczął padać wiosenny deszcz, który niestety po paru minutach zamienił się w ulewę z piorunami.
Smętną ciszę przerwała kołatka w kształcie węża. Jeden ze skrzatów otworzył drzwi przybyszowi – stał w nich wysoki chłopiec o czarnych, tłustych włosach, ziemistej cerze i haczykowatym nosie. Ubrany był w czarną pelerynę podróżną. Na białą posadzę w holu spływały krople wody. Mężczyzna spojrzał pogardliwie na skrzata i rzucił mu mokry płaszcz. Stworzonko dygnęło lekko, wpuszczając go w głąb holu.
- Pan oczekuje w salonie, sir. – Rzekł cicho skrzat domowy wycofując się do bocznej izby.
Młody chłopak wszedł do salonu, gdzie przed potężnym kominkiem siedział pan domu. Czarnowłosy zajął fotel obok.
- Jak minęła podróż, Severusie? – zaczął młodzieniec, jego głos był dumny i wyniosły.
- Doskonale, Lucjuszu. Muszę przyznać iż teleportacja w czasie burzy to zły pomysł – odpowiedział chłodno.
- Severusie zawsze mogłeś użyć proszku Fiuu. Cóż ci stało na przeszkodzie? – spytał szorstko.
- Nie chciałem się wpraszać.
- Rozumiem. – Spojrzał na niego uważnie. – Może partyjka szachów? – zaproponował.
- Ależ oczywiście. – Uśmiechnął się. – Interesy później.
Obaj mężczyźni zajęli miejsca przy szachownicy. Gra trwała trochę ponad godzinę. Byli już w trakcie trzeciej partii, gdy w pobliskie drzewo uderzył piorun. Severus zerknął niepewnie w stronę holu, jakby bał się, że nagle ktoś się w nim pojawi. Odruchowo sięgnął do kieszeni szaty po różdżkę.
Severus Snape był młodszy kilka lat od Lucjusza Malfoya, ale wiek między ich przyjaźnią nie stanowił większej przeszkody. Mieli te same zainteresowania, poglądy oraz idee – świat bez mugoli i szlam. Dla młodego Snape'a przykładem był Lucjusz oraz Czarny Pan.
Severus i Lucjusz zaczęli przyjaźnić się, gdy ten drugi był na siódmym roku nauki w prestiżowej Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Obaj byli zwolennikami czarnoksiężnika, którego bał się cały czarodziejski świat. Severus pragnął znaleźć się w Jego szeregach, tak też się stało rok temu, gdy składał przed Lordem Voldemortem przysięgę.
Nie minęły trzy godziny, gdy w drzwiach głównej izby stanęła Nila Malfoy z białym kotem w ramionach. Ubrana była w czarną szatę, która wyśmienicie igrała z jej jasnymi włosami oraz porcelanową cerą. Obaj chłopcy spojrzeli na nią z wyrzutem, jakby nie należała do czarodziejskiej społeczności.
- Dobry wieczór, Severusie. – Przywitała kolegę lekkim dygnięciem.
- Witaj, Nila – rzekł krótko nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem.
- Przyszłam na chwilę, nie przerywajcie sobie. – Powiedziała ironicznie podchodząc do pokaźnego regału, na którym stały stare, zakurzone woluminy.
- Nie mamy zamiaru. – odpowiedział Lucjusz zbijając hetmana Severusa.
Nila już po chwili zniknęła za potężnymi drzwiami salonu, Lucjusz uśmiechnął się kąśliwie pod nosem, zaś Severus spojrzał tęsknie w to miejsce, gdzie kilka chwil temu stała siedemnastoletnia Ślizgonka.
- Za młoda jest dla ciebie, Severusie – rzekł krótko młody Malfoy.
Po raz kolejny wieczorne niebo przeszyła błyskawica – pogoda za oknami z chwili na chwilę robiła się coraz gorsza – pierwszy deszczowy dzień tej wiosny. Na antycznym zegarze wybiła godzina dziesiąta.


Już za sześć dni uczniowie Hogwartu znowu wrócą do szkoły by spędzić ostatnie trzy miesiące z dala od rodziny i domu. Na zewnątrz utworzyła się gęsta mgła, która skutecznie zasłaniała wszelaką widoczność. Kałuże na chodnikach i trawnikach robiły się coraz większe. Okna pobliskiego domostwa były otwarte, więc echo niosło głos mężczyzny od pogody, który informował, że jeśli taka pogoda utrzyma się jeszcze przez kilka najbliższych dni, to Avon w nieoczekiwanej chwili może wylać. Partia szachów została rozstrzygnięta – wygrał Severus Snape. Z krzywym uśmiechem na twarzy usiadł na fotelu, stojącym tuż przed kominkiem – fotel obok zajął Lucjusz. Obaj mężczyźni przyglądali się sobie uważnie – czyżby nie wiedzieli o czym mają rozmawiać? Nie, to nie możliwe. A może nie wiedzą jak zacząć tą rozmowę? Severus cicho odchrząknął, po czym skinął na skrzata by podał mu lampkę czerwonego, wytrawnego wina. Niskie stworzonko w szarej i podartej poszewce na poduszkę podreptało do barku, który stał w bocznej komnacie salonu. Skrzat wrócił po kilku minutach z tacą na której stały dwie lampki wina oraz zaczęta butelka. Odstawiając to, pochylił się nisko, dotykając długim nosem miękkiego, perskiego dywanu.
- Zgredku, wynoś się do kuchni – warknął Lucjusz.
- Lucjuszu, o czym to mieliśmy rozmawiać? Ach, już wiem, o twej siostrze, Nili. – Rzekł stanowczym głosem.
- Oczywiście – spojrzał uważnie na czarnowłosego młodzieńca – Nila zgodziła się przystąpić do Jego szeregów. Nastąpi to jeszcze przed powrotem do Hogwartu.
- Powiedziałeś jej co ma zrobić? – Spytał patrząc na tańczące płomienie.
- Nie, gdyż sam nie wiem na czym ma polegać jej zadanie. – Zerknął w palenisko. - Severusie, wiesz o czymś? – Dodał po chwili obserwując Severusa bacznym wzrokiem.
- Wiem Lucjuszu, ale niestety nie mogę ci nic przekazać.
- Rozumiem. W każdym bądź razie, pierwszą misję ma za sobą.
- A co z Potterami? – spytał patrząc w smukłą twarz współrozmówcy.
- Czarny Pan próbuje z nimi rozmawiać, ale niestety, na marne. – odpowiedział krótko. – Evans napisała do Nili, ale spaliłem list.
- Skąd przyleciała sowa?
Rozmawiali dopóki nie opróżnili całej butelki Suave Saveur. Młody Malfoy opowiedział dokładnie Snape'owi o zaproszeniu, które dostali jego rodzice od Blacków. Widok spędzenia kilku dni z siostrą nie zachwycił go – nigdy za sobą nie przepadali. Często mieli odmienne zdania. Nili było obojętne z kim rozmawiała – owszem, miała swój honor, ale czasami potrafiła go odstawić na dalszy plan, zaś Lucjusz, Lucjusz zawsze kierował się swoją dumą, nie w jego geście była rozmowa z kimś nieczystej krwi. Pomimo to, iż byli rodziną nie zachowywali się tak – różne poglądy, drogi, zachowania, różni znajomi. Jedyną rzeczą, która ich łączyła była posługa Lordowi Voldemortowi, który już od kilku lat przygotowywał swych zwolenników do walki o nowy, lepszy świat – świat przeznaczony wyłącznie dla czarodziejów z dziada pradziada.
Burza powoli ustępowała, chmury z wolna przesuwały się na południe Wielkiej Brytanii, przez co nad Salisbury pojawił się srebrny księżyc, który został otulony przez szaro-biały obłok. Na granatowym firmamencie pojawiły się miliony jasno świecących gwiazd, które spoglądały wesoło na skąpane w mroku nocy miasteczka. Za oknami domostw w Wiltshire hulał wiosenny wiatr, zaś szum gałęzi budził pojedynczych mieszkańców. Jedna z gałęzi wysokiego buku uderzała miarowo w okno budynku przy Fisherton Island trzynaście.
W ciemnym pokoju, jedynym źródłem mdłego światła była mała pochodnia wisząca na jednej ze ścian. Na parapecie okna siedziała blondwłosa dziewczyna, której smutne, błękitne oczy wodziły po mroku, panującym tuż za szklaną przeszkodą. Przez głowę przemknęła jedna myśl, myśl, której się obawiała najbardziej. Najgorsza była wiedza, jaką posiadała, pomimo to iż była to erudycja naprawdę bardzo skromna. Za kilka dni dowie się więcej. Bała się. Bała się spotkania ze złem. Głowę miała pełną złych myśli. Jej marzenia zostały gdzieś, daleko w tyle. Widziała swą przyszłość w ciemnych barwach. Wiedziała, że jest za późno, by to cofnąć, a tak bardzo tego chciała. Niestety, raz podjętej decyzji się nie zmienia.
Młoda czarownica wkracza powoli w świat dorosłych z niemałym bagażem wspomnień - złych wspomnień. Nila Malfoy od razu została rzucona na głęboką wodę. Wodę, która z każdą chwilą, z każdą złą decyzją stawać się będzie głębsza i brudniejsza. Stoi między dwiema bardzo podobnymi, ale jednak różnymi bramami do dwóch odmiennych światów, którą z nich wybierze? Niewiadomo, każda decyzja niestety jest zła, każdą decyzją skrzywdzi siebie lub bliską sobie osobę. Nila wiedziała iż świat jest okrutny, a ona została mu rzucona jak słabe zwierzę na pożarcie silniejszemu. Łzy strachu i bezsilności zapełniły jej jasne oczy. Czy jest coś gorszego od bezradności? Tak, jest – śmierć. Być może w tym wypadku śmierć byłaby czymś dobrym. Dobrym, tylko dla kogo?
- Więc, żegnaj Lucjuszu – syknął Snape, biorąc w dłoń odrobinę proszku Fiuu – do zobaczenia na Spinner's End, po powrocie od Blacków. Mam nadzieję, że nie spotkasz się z tym zdrajcą, Syriuszem.
- Mniemam, że tak się stanie.
- Oczywiście. Dobranoc Lucjuszu – spojrzał uważnie na kolegę. - Spinner's End – powiedział głośno i wyraźnie, po chwili zniknął w zielonych obłokach, które wydobywały się z paleniska.


W jednym z domów w Dolinie Godryka było bardzo głośno tego wieczoru. Trzech mężczyzn latało na miotłach nad ogródkiem, grając trzema piłkami i jednym małym, złotym zniczem. Dwie młode, urodziwe kobiety siedziały spokojnie na ogrodowych krzesłach grając w Eksplodującego Durnia. Po trawniku biegał mały, brązowy pies obszczekujący mężczyzn. Wiosenny wiatr wył co jakiś czas między wysokimi koronami drzew, zaś srebrny blask księżyca przebija się między liśćmi i gałęziami. Ogródek był mały i skromny. Właściciele ogródka ubrani byli w zwykłe ciuchy. Kobiety miały na sobie bardzo ładne koktajlowe sukienki, panowie zwykłe, jednokolorowe koszulki i powycierane spodnie.
- Wiesz, Lily nigdy nie umiałam grać w tą grę – żaliła się niska brunetka, której karty wystrzeliły prosto w twarz.
- Dorcas, Dorcas to może pograj z chłopakami w qudditcha?
- Nie ma mowy! – Żachnęła się. – Lily, mogę cię o coś spytać? – nie czekając na odpowiedź spytała półszeptem: - jak się czujesz?
Na ganku stanął niski, pulchny chłopiec o mysich włosach, który uśmiechał się łagodnie do dziewczyn.
- Dorcas, Lily czytałyście Proroka?! – krzyknął wyciągając dłoń w której trzymał owy tytuł.
- Nie! A piszą coś ciekawego? – Spytała rudowłosa.
- Piszą tylko o morderstwach na muglolach, paru porwaniach czarodziejów i piszą, że złapali parę śmierciożerców, poszukują nadal Bellatriks Lestrange! – streścił cały artykuł w niecałą minutę.
- Lily, o czym rozmawiacie?! – krzyknął czarnowłosy młodzieniec schodząc z miotły. Pokaż mi to Glizdogonie! –wyrwał mu gazetę. Zerknął nań – nic ciekawego!
- James, dla ciebie nie ma nic ciekawego w takich gazetach. – Powiedział spokojnie chłopak o wyraźnie zmęczonej twarzy, który po chwili stanął obok Lily i Dorcas.
- Za to dla ciebie coś jest, Remusie! – żachnął się siadając na wilgotnej ziemi.
- Ci mężczyźni! – uśmiechnęła się pogodnie Dorcas.
- Syriuszu – rudowłosa kobieta spojrzała uważnie na przystojnego chłopaka, który stanął tuż za Remusem – jak tam rodzice? Odzywałeś się do nich?
- Lily, ty żartujesz? Mam się odezwać teraz, gdy Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać was szuka?


Wybiła północ, gdy we dworze przy Fisherton Island ktoś teleportował się z donośnym trzaskiem. Kobieta w średnim wieku oraz jej mąż otrzepali się z niewidzialnego kurzu i ruszyli do czarnej, okazałej bramy. Stary czarodziej o złotej brodzie i w granatowej pelerynie podróżnej podniósł rękę w geście powitania, wtem brama rozpłynęła się, ujawniając posiadłość oraz żwirową alejkę prowadzącą do frontowych, bogato zdobionych drzwi. W progu powitał ich Zgredek – skrzat domowy, prosząc o peleryny, po chwili pojawił się drugi skrzat – Trelek, który zaprowadził państwa Malfoyów do głównej izby, gdzie na małym stoliku w kształcie łba węża stały dwa filigranowe kieliszki, które do połowy były napełnione złotym płynem.
- Witaj ojcze, witaj matko. – Podszedł do nich ich syn, Lucjusz całując oboje w dłonie.
- Co czytałeś synu? – Spytał starzec.
- Jak wykończyć Mugola, ojcze. – Odpowiedział kłaniając się jeszcze raz matce.
- Autorstwa Noir Mort?
- Owszem, ojcze.
- Nila w sypialni? – Spytał po chwili.
- Tak, ojcze. Pójść po nią?
- Nie, synku, nie. – Rzekła spokojnie matka swym aksamitnym głosem. Zgredek to zrobi. – Pstryknęła palcami.
- Wołała pani Zgredka?
- Zgredku, sprowadź tutaj Nilę, tylko szybko. – Wydała polecenie pijąc kolejny kieliszek miodu.
- Nie za dużo, matko? – apytał.
- Ależ nie, synku! – krzyknęła odstawiając butelkę z łoskotem.
Po paru minutach do salonu dostojnym krokiem wkroczyła siedemnastoletnia Nila Malfoy. Była smutna i przygnębiona, w jej czach widać było strach, a na policzkach zaschnięte ścieżki, którymi spływały łzy.
- Witaj, mamo, witaj tato. – Uściskała ich.
- Jak minęła podróż, kochanie? – spytała matka z troską.
- Dobrze, gorzej było potem – odpowiedziała z żalem.
- Te dzieci, wy chyba nigdy nie dorośniecie. – Powiedziała pani Malfoy, rozkazując Zgredkowi przynieść rzeczy swych dzieci.
- Mam dla was doskonałą wiadomość. – Powiedział spokojnie Lucjusz.
- Słuchamy, synu – rzekł spokojnie Abraxas Malfoy.
- Nila została jedną z Nas. – Wskazał na lewą rękę dziewczyny, która próbowała ją nieskutecznie ukryć.
- Jestem z ciebie dumny – Rzekł z powagą Abraxas.
- Jeżeli jesteście gotowi, to wyruszamy do Blacków. – Oznajmiła Alastra Malfoy. – Nila, ty pierwsza. Proszę bardzo!
- Grimmauld Place dwanaście. – Powiedziała spokojnie znikając po chwili w zielonym dymie.
- Grimmauld Place dwanaście. – Lucjusz Malfoy zniknął w kominku.
- Teraz ty, moja droga.
- Dziękuję, Abraxasie. Grimmauld Place dwanaście. – Alstra Malfoy również zniknęła w kłębach zielonego dymu.
- Grimmauld Place dwanaście. – Abraxas Malfoy po paru sekundach wyskoczył z marmurowego kominka w domu Blacków.
W oliwkowozielonym pokoju stali państwo Black; pani Walburgia Black oraz jej mąż Orion Black, który wyglądał na bardzo chorego lub po prostu zmęczonego już życiem. Walburgia rozłożyła ramiona w geście powitania, uściskała Nilę oraz Lucjusza po czym podeszła do Abraxasa – oboje skłonili się ku sobie. Nila rozglądała się uważnie po dużym salonie, ściany zostały pokryte pięknymi gobelinami, zaś podłoga wyłożona była miękkim czarnym dywanem. Wyczuła niemiłą atmosferę w tym domu – jakby, rodzina ta z każda chwilą traciła coś cennego – jak ona. Obserwowała uważnie Oriona, który słaniał się na nogach, zerknęła w stronę drzwi prowadzących do holu.
- Jeśli chcesz, to przywitaj się z Regulusem, moja droga. – Oznajmiła pani domu.
- Dziękuję. – Uśmiechnęła się.
- Słodkie dziecko. – Powiedziała do Alastry – żeby Syriusz był taki sam. – Rzekła z niesmakiem.
- Może się czegoś napijecie? Zapraszam, rozgośćcie się. – Orion dał gościom do rozumienia by zajęli wolne miejsca.
- Poproszę o Ognistą, jeśli masz, Orionie. – Powiedział Abraxas.
- Oczywiście, że mam. Stworek! Stworek!
- Wołał pan Stworka, sir? – U stóp pana domu pojawił się skrzat domowy.
- Ognistą cztery razy, Stworku, tylko szybko. – Warknął.
- Ależ oczywiście, sir!
Blondynka szła wolno rozglądając się niechętnie po ciemnym i smutnym holu. Na brązowych panelach wisiały głowy skrzatów domowych. Panna Malfoy zrobiła zniesmaczona minę, podniosła godnie głowę i wspięła się po schodach. Stojąc przed drzwiami do pokoju Regulusa spojrzała tęsknie w swoje odbicie w gałce o kształcie łba węża, po twarzy spłynęło jej kilka łez.
- Mówili, że będzie dobrze?
- Mówili tak.
- A uwierzyłaś im?
- Ale ja nadal wierzę.



Tęskniła za dawnym życiem, które skończyło się zaledwie kilkanaście godzin temu. Czyżby los sprzysiągł się przeciwko niej? Otarła twarz i zapukała lekko w wierzbowe drzwi.
- Kto? – Usłyszała męski głos.
- To ja, Nila.
- Wejdź, zapraszam!
- Nie przeszkadzam, Regulusie? – Spytała przekraczając próg.
- Nila, ty nigdy! – Uśmiechnął się i wstał z łoża. – Co słychać, moja droga? Słyszałem, że dołączyłaś do nas.
- Tak, ale nie z własnej woli. – Odpowiedziała smutnym głosem siadając na krześle.
- Nie martw się, przyzwyczaisz się. – Pocieszył ją całując w policzek.
- Ale to nie o to chodzi, Regulusie, ja po prostu nie potrafię! Zrobiłam to! Rozumiesz?! Zrobiłam, ale nie chciałam! Ja nie chciałam tego zrobić! – Szlochała. – Regulusie, jeśli jeszcze coś dla ciebie znaczę, proszę zachowaj to dla siebie. Błagam!
Po raz kolejny, samowolnie łzy zaczęły spływać po jej bladych licach, ginąc w brunatnym dywanie. Wtuliła się mocno w klatkę piersiową osiemnastoletniego Regulusa Blacka. Zamknęła oczy. Chciała być teraz tylko z nim i niczym się nie przejmować, nie mieć żadnych zadań, zmartwień, czy kłopotów – pragnęła już wrócić do Hogwartu i spokojnie zakończyć swą edukację; niestety tak się nie stanie.
Życie Nili Malfoy nie będzie już nigdy spokojną sielanką – teraz zaczęła się walka o życie. Kto okaże się lepszy, ten przeżyje. Prawdą jest, że owa dziewczyna trafiła na bardzo głęboką wodę, nasuwa się jedno pytanie, czy uda się jej z niej wypłynąć cało, czy może po drodze, do brzegu straci coś cennego? Tak się stanie na pewno, tylko kiedy? Czy utraci bliską sobie osobę czy swoje życie? Wszystko się może stać – być może kiedyś w jej małym, intymnym świecie wyrosną piękne róże, a może żółtopomarańczowe aksamitki…
Zrozum, że ja też potrafię się bać.
Teraz, w szczególności się boję. Pomóż mi, proszę…


Di [Powrót] Komentuj


Blog przeniesiony z mylog.pl.


U mnie piąty rozdział.
Nowe oblicza bohaterów i ich zdjęcia.
Zapraszam serdecznie -wielkie zmiany!
Demetrii 18.10.2009
| brak www IP: 87.205.49.126

Powiem, że jesteś jednym z niewielu ff o HP, który mnie wciągnął. W przeciwnym wypadku nie czytałabym takiej dużej partii materiału za jednym razem. Ciekawi mnie co Nila zrobiła i jakie poniesie konsekwencje. gratuluję pomysłu i powiadom mnie jak coś jeszcze napiszesz
alette 15.10.2009
| brak www IP: 89.239.115.43






blog4u.pl.

Historia kołem się toczy

Część pierwsza: Dom
1. Za późno, by to cofnąć
Część druga: Hogwart


Okładka

Stronę graficzną i HTML przygotowała Di. Szablon dostosowany do IE. Muzyka działa w IE!